fbpx
0
Lifestyle

O strachu, wewnętrznej radości i powrocie do źródła

Maj 15, 2018

Oglądając ostatnio zdjęcia z dzieciństwa i młodości, nie mogłam nadziwić się, ile w nas było spontaniczności, ile werwy…
Zdjęcia z plaży, z pachnącego, owocowego sadu, z górskich wędrówek, znad mazurskich jezior, z pola usłanego złotymi łanami pszenicy…
Zastanawiam się, gdzie się podziała ta więź z naturą? Gdzie to szaleństwo? Gdzie prawdziwa, wewnętrzna radość?
Gdzie siadanie tyłkiem na mokrej od rosy trawie, gdzie wspinanie się po drzewach, odkrywanie nowych szlaków na rozklekotanym rowerze? Gdzie pisanie na ławce P+S=miłość?
Obserwując ówczesne pokolenie, dochodzę do wniosku, że miałam naprawdę cudowne dzieciństwo. I choć nie miało ono smaku pomarańczy, coca coli i chipsów, to smakowało najpyszniejszą, najświeższą czystą wolnością, kreatywnością i spontanicznym duchem przygody.
Więc co się stało? Kiedyśmy się tak pogubili? W którym momencie powinęła nam się noga?
Gdzie się podziały te rumiane buzie umorusane truskawkami jedzonymi wprost z pola, gdzie pozdzierane do krwi kolana, skakanie w gumę na czarnym jak smoła żużlu, po którym brud wrzynał się w ciało tak, że nawet babcina ryżowa szczotka nie mogła tego doczyścić? Gdzie smak przypalonych, pieczonych ziemniaków jedzonych wprost z ogniska i tańce do rana? Kąpiel w morzu o wschodzie słońca, piesze wędrówki z PTTK, kuligi, podczas których ubrani w brązowe, długie kożuchy siedzieliśmy w głębokich saniach zaprzęgniętych białymi końmi…to były czasy… A gdzie czytanie książek na ławce w parku i karmienie wiewiórek orzeszkami?
Patrzenie w niebo i… w oczy, odczytywanie gwiazdozbiorów i pierwszych oznak miłości? Gdzie cierpki smak wiśni, ludowe przyśpiewki na wiejskich dożynkach, soczyste, smażone pomidory…
No gdzie???
Co takiego się stało, że w zaledwie dwie dekady zniszczyliśmy, zaprzepaściliśmy ten związek z naturą, z przyrodą, odcięliśmy się od niej na rzecz plastikowej fatamorgany?
Co takiego wydarzyło się, że prawdziwa wolność, spontaniczność i radość, tli się już w nas ostatkiem sił?
Kto poprzewracał nam tak w głowie, że wolimy zamiast kontaktu z rzeczywistością wyimaginowane światy filmów, seriali i alkoholowo- narkotykowych majaków?
My, ludzie dwudziestego pierwszego wieku, żyjemy w naprawdę dobrych czasach. Mamy dostęp do każdej, nawet najbardziej abstrakcyjnej wiedzy na świecie. Poprzez internet możemy nauczyć się wielu rzeczy, możemy odkrywać świat nie wyściubiając nosa za okno. Jednak niestety jest tak, że będąc podobno najinteligentniejszymi na tej planecie istotami, nie potrafimy tego wykorzystać.
Jesteśmy już w stanie zobaczyć co dzieje tysiące metrów pod woda, na orbicie, na księżycu, jednak nie potrafimy dostrzec człowieka znajdującego się tuż obok nas…
Coraz rzadziej posyłamy miłe spojrzenie czy przyjacielski uścisk. Coraz bardziej jesteśmy wyjałowieni – gładkie, czyste ciało, mydła antybakteryjne, antyperspiranty, płyny do dezynfekcji mieszkań, obojętność, nijakość…coraz bardziej zakłócamy prawa natury, co niestety przekłada się na tragiczne skutki.
Pogubiliśmy się, i to bardzo. Popadliśmy w skrajność, z której jeżeli oczywiście się otrząśniemy, na co mam nadzieję, będzie nam bardzo ciężko się wydostać. A przecież znajdując złoty środek, moglibyśmy być na prawdę szczęśliwą, zdrową nacją, przekazującą dobre nawyki kolejnym, którzy przyjdą tu po nas.
Nasi przodkowie instynktownie wiedzieli, że aby być zdrowym i silnym, trzeba być w zgodzie z naturą, porami roku i sobą. Ten instynkt niestety wraz z rozwojem cywilizacji sukcesywnie zanika, jest zagłuszany i otępiany, przez co łatwo dajemy się manipulować przez „silniejszych” od nas. Przez tych, którzy dobrze wiedzą, co robić aby podporządkować sobie masy dla własnej korzyści. Dlatego my, ludzie, musimy przebudzić się z tej hipnozy i powrócić do korzeni, do siebie, do natury. Aby odzyskać pełnię sił, potrzebujemy ponownego połączenia z naszym wewnętrznym źródłem mocy, z naszym kompasem, z intuicją, która jak anioł stróż będzie nas chronić dniem i nocą.

Jednak jak to uczynić, jak otrząsnąć się z tego amoku, gdy zamiast świeżego powietrza, promowane są tabletki przeciwbólowe na ból głowy, zamiast zdrowego odżywiania, substytut z plastikowych torebek, a słońce, nasz największy sprzymierzeniec, jest przedstawiane jako wróg numer jeden? Dodatkowo naokoło jesteśmy straszeni śmiercionośnymi komarami, kleszczami, bombami, wojną, terroryzmem i falami nieuleczalnych chorób… Straaaach… Zastraszanie to najskuteczniejszy sposób na ujarzmienie nas, ludzi i sprawienie, byśmy przestali się rozwijać. To właśnie strach między innymi robi z nas wypalone, zaprogramowane roboty, które żyją według zasad ustalonych odgórnie. To strach nas paraliżuje i zabija spontaniczność. To strach nas w pewnym sensie rozleniwia i każe egzystować, wykorzystując jedna setną możliwości naszego umysłu.
Dlatego póki jeszcze czas, otrząśnijmy się. Świadomie spotkajmy się z przyrodą, z jej wszelkimi przejawami od źdźbła trawy, poprzez morza, jeziora, poprzez zielone, skąpane w słońcu łagodne pagórki, poprzez szumiące starożytną pieśnią drzewa, aż po strzeliste, sięgające nieba szczyty gór…
Spotkajmy się nad brzegiem miłości również z samym sobą – ze swoim bijącym sercem, z oddechem, z wyobraźnią, z ciszą…to naprawdę magiczne doświadczenie i droga do szczęśliwego, spełnionego życia…

 

    Odpowiedz