fbpx
0
Kuchnia Lifestyle

Zielono mi, czyli najkrótsza droga do zdrowia

Październik 25, 2018

Zazwyczaj staram się do wszystkiego podchodzić z lekkim dystansem, jednak ostatnio przyznaję, zbzikowałam. Na punkcie odżywiania zbzikowałam. Już prawie popadłam w paranoję sprawdzając co i rusz co można jeść (według naukowców oczywiście), a czego nie. Stało się to dla mnie utrapieniem do tego stopnia, że po nocach śniły mi się tabele indeksów glikemicznych i Pan Gluten, goniący mnie po centrum handlowym. Koszmar…
A wszystko zaczęło się bardzo niewinnie od jednej książki dotyczącej surowej diety, potem kolejnej o pszenicy, następnie poleciały fora, grupy na FB, filmy na YouTube, szłam coraz dalej, coraz głębiej… aż w końcu któregoś pięknego dnia, zaczęłam zastanawiać się, jakim cudem osiemdziesiąt procent ludzi na świecie i ja oczywiście, jeszcze żyjemy jedząc to co jemy?
W prawdzie już od kilku lat staram się odżywiać w miarę zdrowo, nie piję alkoholu, kawy kofeinowej, ani coca coli, nie palę też papierosów, nie zaglądam do Mc Donalds ( no, może nie licząc kilku wyskoków w roku na lody:), gotuję w domu, piję soki, jednak czytając te wszystkie informacje o zdrowym odżywianiu, które znalazłam, uznałam, że to co robię to zdecydowanie za mało. Za mało, by czuć się dobrze i być pewną, że ominą mnie choroby. Napełniona od stóp do głów wiedzą, pewnego, pięknego dnia wkroczyłam do kuchni, otworzyłam lodówkę oraz wszystkie szafki i rozpoczęłam przygodę. Najpierw po nosie dostała kasza manna, za nią jęczmienna, kuskus i orkiszowa ( to za ten gluten i niechlubne pszenne pochodzenie!), która również wylądowała w koszu. Za chwilę dołączył cukier trzcinowy( a miał być taki zdrowy!), niby dietetyczne, orzechowe batoniki, moje ukochane białe ziemniaki, które podobno odpowiadały za moją oponkę na brzuchu, rafinowane oleje, masło, mąki, drożdże i biały chleb oczywiście ( po pięciu minutach już pędziła do mnie maszyna do pieczenia chleba i mąka gryczana) i na sam koniec wszelkie soki kupione w markecie (podobno bezcukrowe). Po tym oczyszczeniu kuchni poczułam się dużo lepiej, jednak po paru minutach ogarnęła mnie panika, gdyż nie miałam pojęcia co teraz będziemy jeść! Lodówka prawie pusta, szafki też! Wtedy postanowiłam, że sama opracuję dietę idealną. Miała ona w prawdzie tylko troszkę wymagań, troszeczkę, parę małych, drobniutkich wytycznych… ale uznałam, że dam sobie z tym radę i skomponuję najlepszą, najcudowniejszą dietę na świecie. Jadłospis miał być bezpszenny, a najlepiej bezglutenowy, wegetariański, a najlepiej wegański, w ponad 50 procentach surowy, a potrawy musiały mieć niski indeks glikemiczny i wysoką zawartość superfoods, nie być smażone ani przetworzone. Usiadłam. Usiadłam i płakałam, ale zrobiłam to. Zajęło to dwa, całe, dłuuuugie, spędzone na głodzie, z nosem wściubionym w książki dni, ale opracowałam dietę idealną i chwilę później powiadomiłam wszystkich, że w naszym domu nastała nowa era, era Vitality i że teraz wszystko się zmieni. Ogłosiłam też, że od teraz koniec z pyszną drożdżóweczką z żurawiną, i sernikiem z polewą kajmakową… Od teraz na deser będzie serwowany naprzemiennie mus z mango na mleczku kokosowymi, deser z płatków owsianych bezglutenowych lub zielony, baardzo zielony koktajl… Wszyscy przyjęli to z wielkim entuzjazmem i ciekawością co ja to znowu wymyśliłam…
Ano wymyśliłam ja, wymyśliłam. Machina ruszyła. Przez kolejnych kilka dni nie wychodziłam z kuchni – to była pierwsza i najbardziej odczuwalna zmiana – pieczenie chleba, pasztetów warzywnych, robienie past do kanapek batatowych, siekanie sałatki, tarcie surówki, ugniatanie masełka z awokado i pietruszki, wyciskanie soków, bezglutenowy chlebek bananowy…mieszanie, doprawianie, gotowanie i zmywanie…Zero wolnego czasu. Kolejna ogromna zmiana dotyczyła mojego samopoczucia: po odstawieniu ziemniaków i makaronów mój organizm zbuntował się i czułam się tak, jakbym zaraz miała umrzeć – moje ręce drżały i średnio pięć razy dziennie czułam, że upadnę. Z drugiej strony, tak na rozum, jak miałam się czuć, gdy na śniadanie jadłam owsiankę z owocami lub dwa plastry batata z warzywami, później koktajl, na obiad małą porcję ryżu z warzywami, mała przekąska, a na kolację pieczonego brokuła, pomidory i kalafior polane olejem? Dieta niby miała 1500-1600 kcal, ale widocznie nie zaspokajała moich potrzeb. Zresztą nie tylko ja się źle czułam. Każdy kto był pod jej wpływem był słaby i markotny. Wiem, wiem, ludzie na diecie dr. Dąbrowskiej jedzą po 800 kcal dziennie i żyją. Wiem o tym, ale mój organizm jest inny i pokazuje mi co mu służy, a co nie. A ja go słucham, więc po kilku tygodniach odrzuciłam te sztywne wytyczne „idealnej diety”, znalazłam „Złoty Środek” i zabrałam dla siebie tylko to, co faktycznie wpływało na mój organizm pozytywnie. Fakt, przez te kilka tygodni wyrobiłam w sobie kilka dobrych, nowych nawyków, jak choćby picie ciepłej wody z cytryną, unikanie smażenia, krótkie gotowanie potraw i jedzenie ogrooomnych ilości zieleniny, dzięki czemu czuję teraz dużą różnicę w samopoczuciu, jednak mam swój rozum i nie pozwolę się już ogłupiać. Przestałam traktować swój organizm jak królika doświadczalnego i ślepo dążyć za nowinkami i modą dietetyczną, a zaczęłam bardziej się w niego wsłuchiwać i pomagać w jego ciężkiej pracy. Tak więc teraz, każdy pokarm jaki spożywam, ma za zadanie mnie odżywiać, a nie najadać, staram się też jeść jak najwięcej surowych warzyw, wykluczyłam pszenicę, a gluten jem sporadycznie. Chleb często zastępuję liściem sałaty lub pieczonym batatem. Nie spożywam mięsa, zresztą już od kilku lat, co niestety przepłacam niskim poziomem żelaza, który starałam się uzupełniać suplementami, a teraz zielonym koktajlem. Te zielone koktajle na prawdę są świetne! Kilka dni na regularnego picia i czuć moc! W ogóle zauważyłam, że spożywając więcej “surowizny”mój organizm jest szczęśliwszy i bardziej wydajny!

Unikam też nabiału, ale też bez przesady! Mam włoska duszę, więc nie wyobrażam sobie, aby czasem nie zjeść prawdziwej, włoskiej zapiekanki z cudownie przypieczonym żółtym serem! Neutralizuję to jednak świeżo wyciśniętym sokiem. Piję też dużo wody i przede wszystkim spędzam sporo czasu na powietrzu łapiąc każdy promyk słońca (ostatnio nawet uwielbiam wpatrywać się we wschodzące i zachodzące słońce – napiszę o tym więcej w osobnym wpisie).
I teraz czuję, że żyję. Doszłam do wniosku, że nic na siłę, i że wszelkie modyfikacje odżywiania należy wprowadzać delikatnie, w rytmie własnego organizmu, słuchając własnej intuicji, tak by przyniosły nam korzyść, a nie frustrację i złe samopoczucie. Warto też pamiętać, że to co dobre dla kogoś, niekoniecznie będzie dobre dla nas, więc dobierając pokarmy przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na to, jak dany pokarm na nas wpływa, czy przynosi nam korzyść czy szkodę.
Tyle na tę chwilę ode mnie na temat odżywiania.
Trzymajcie się ciepło i napiszcie w komentarzach o waszych “przygodach” z odżywianiem:)

    Odpowiedz